Nikt na hali nie zrobił kroku w kierunku wyjścia. Nikt nawet nie przejawiał zainteresowania głośnym ryknięciem. Tylko nasza trójka pobiegła do drzwi. Nauczyciele i uczniowie prze chwilę się na nas patrzyli, lecz po chwili znowu powrócili do swoich zajęć. Uchyliłam białe drzwi - jedno z bocznych wejść do obiektu. Oczom nie wierzyłam! Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas siedziało jakieś ogromne stworzenie. Miało skórę pokrytą łuskami w kolorze khaki oraz długi ogon podobny do ogona traszki. Nie zauważyłam oczu. Łeb potwora był dosyć płaski i mały. Składały się na niego wysunięta do przodu szczęka oraz dosyć duże nozdrza. Kończyny dolne były wykończone długimi szponami, a ręce ostrymi, wąskimi, czarnymi pazurami, które potwór ostrzył o pień robinii, przy której stał.
Mięśnie nóg same poruszyły nogami. Cofnęłam się wpadając na Filipa. Prawie upadłam, jednak on mnie przytrzymał. Zdołałam wydukać:
- Co... To... Jest?
- To, co widzisz - odpowiedziała zrezygnowanym głosem Julka. Chłopak cały czas mnie trzymał, co nie było na rękę Julii. Dostrzegłam rosnącą w jej oczach frustrację. Jakaś wredna część mnie cieszyła się, że Filip lubi mnie bardziej, ale nienawidziłam siebie za takie myśli. Nagle usłyszałam jego głos:
- Ubezpieczaj halę - powiedział nerwowo do przyjaciółki. - Zajmę się tą poczwarą.
- Nie możesz sam! Nie uda ci się! - protestowała dziewczyna. Chłopak zamknął drzwi od hali.
- Przecież Selena nie umie walczyć ani się posługiwać magią! - powiedział cichym głosem, ale ze złością. Co? Jaką magią, jak walczyć?
- Co wy do cholery mówicie?! - awanturowałam się.
- To, co słyszysz! - burknął Filip.
- Może jakieś wyjaśnienia? - powiedziałam z frustracją.
- Nie teraz, nie tu - odpowiedział. W tej samej chwili potwór zaczął powoli iść w naszą stroną. Zrobiło mi się gorąco w miejscu naszyjnika. Filip mnie puścił i uświadomiłam sobie, jak zimno jest na dworze, a ja mam na sobie lekką koszulinkę bez podkoszulka. Nastolatek podszedł do najbliższego krzewu i wyciągnął spomiędzy jego gałęzi dwa miecze i jakiś nóż, chyba sztylet. Kiedy on je tam dał? Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o żółtą, chropowatą ścianę hali. Julia pochwyciła sztylet od chłopaka i wręczyła go mnie.
- Czemu nie miecz? - wymamrotałam.
- Trudno jest posługiwać się nim - odparła przyjaciółka. - Możesz sobie zrobić krzywdę, a w dodatku są one wyważone na nas, nie na ciebie.
Westchnęłam.
Filip z Julą zaczęli mi tłumaczyć coś o Wielkiej Puszczy, o jakichś ulicach, którędy muszę iść. Zaraz. Gdzie iść, po co? Ech, bez znaczenia. Teraz marzyłam tylko o tym, by stąd uciec jak najdalej.
Z transu obudziłam się dopiero pod koniec ich tłumaczeń.
- Pamiętaj, biegnij, nie oglądaj się za siebie. Do Puszczy dobiegniesz w jakieś pół godziny. - gorączkowa powiedział Filip. Biec przez pół godziny? Bez płaszcza, bez niczego? Masakra. Chłopak już chciał zdjąć sweter, ale szybko go zatrzymałam.
- Nie, zostaw go dla siebie.
- Ale...
- Nie! - przerwałam mu. - Tobie się bardziej przyda, ja się rozgrzeję biegnąc.
Potwór był jakieś 20 metrów od nas. Filip ruszył na niego, a ja za nim w kierunku bramy. Chłopak stanął, ja też. Odwróciłam się. Spojrzałam na moim najlepszych przyjaciół od serca.
- Jesteście mi najdrożsi - powiedziałam przez szloch. Obdarzyli mnie smutnymi uśmiechami.
Rzuciłam się biegiem przed siebie. Ostatni raz obejrzałam się za siebie. Filip walczył, a Julia... Jej ręce jakby świeciły. Nie! To cała hala błyszczała! Niewiarygodne, ale piękne. Powstrzymałam łzy, ale ruszyłam przed siebie.
Zimno wniknęło do mojego ciała i postanowiło w nim zagościć na dłużej. Na szczęście wisiorek był bardzo ciepły, toteż gardło i płuca nie bolały mnie od wdychania lodowatego powietrza. Co jakiś czas dotykałam dłońmi ciepłego metalu. Przyjemne uczucie.
Wrzaski potwora ucichły, znajdowałam się daleko od szkoły. Postanowiłam zwolnić bieg do marszu. Wyrównałam oddech i szłam. Dotknęłam palcami moich policzków i dostałam od razu gęsiej skórki. Auć, jakie zimne! Mam nadzieję, że sobie ich nie odmrożę.
Szłam dalej przed siebie, pięć minut, dziesięć minut, piętnaście. Mijałam kolejne ulice, kiedy usłyszałam daleko za sobą ryk. Powoli zaczęłam wierzyć w to, że przez mdłości miałam zwidy, lecz teraz powróciłam do tej siermiężnej rzeczywistości. Nie miałam wyboru. Strach zrobił swoje. Pomknęłam przed siebie, sięgając przy tym po sztylet. Nie miałam wątpliwości, że za chwilę się może przydać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz