Rozdział 4
Trudno jest myśleć biegnąc. Musiałam być skupiona na tym, by się nie przewrócić, na kontrolowaniu sytuacji za mną. W podświadomości czuję, jakby to wszystko było snem, aczkolwiek próby szczypania nie przynoszą efektów.
Nagle zorientowałam się, że nie słyszę biegu ani ryku za sobą. Pobiegłam jeszcze chwilę przed siebie, po czym zwolniłam do marszu. W końcu się zatrzymałam i oparłam rękami o uda. Rozejrzałam się. Byłam już na przedmieściach! Pół godziny już minęło, aczkolwiek idąc straciłam jakieś dziesięć, piętnaście minut. Spojrzałam na domy. Były one nowo wybudowane, więc byłam teraz zupełnie sama w tej okolicy.
Wyrównałam oddech i pozbierałam myśli. Przekalkulujmy sytuację. Nagle na urodzinach dyrki widzę potwora, Filip wyciąga z krzaka miecze i sztylet, Julia sprawia, że hala migocze. Jakiś potwór za mną biegnie, prawdopodobnie niedługo zostanę przez niego zjedzona. To się dzieje za szybko! Stanowczo za szybko. Przez dziesięć minut zmienia się cały mój świat. Nagle poznaję pojęcie walki, magii i potworów. Nie, przecież to nie istnieje! Taki świat istnieje tylko w książkach!
Spojrzałam na sztylet, który trzymałam w ręku. Przygryzłam wargę. Mój pomysł był głupi, ale musiałam się ostatecznie przekonać, czy ja śnię, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Wzięłam lekki zamach i uderzyłam rękojeścią noża w swoje czoła. Załkałam i od razu przyłożyłam zimną rękę do zranionej głowy. Co ja, do cholery, robię?! Powariowałam do końca! Czego ja się spodziewałam? Że wydarzenia będę szły wolno i z uprzedzeniem? Dobra, wolno mogą biec, bo to jest okropne, więc jak inaczej? Ale to wszystko się potoczyło bardzo szybko, minęło zaledwie czterdzieści pięć minut.
Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale muszę się dowiedzieć. Podniosłam się do biegu. Ogarnęłam wzrokiem najbliższą okolicę skrytą w mroku nocy. Nie obchodzi mnie, że jest mi zimno, nie obchodzi mnie boląca głowa, nie obchodzi mnie mój strach. Nic mnie nie obchodzi oprócz tego, że muszę przeżyć i dowiedzieć się, o co chodzi w tej całej masakrze.
Nagle usłyszałam długi i bardzo głośny ryk. Głośny. Monstrum jest bardzo blisko. Przyspieszyłam biegu. W oddali zauważyłam czarną plamę. Była to Wielka Puszcza.
Hej, z tej strony Lena :) Kocham czytać książki, lubię pisać opowiadania. Po dłuższym namyśleniu się postanowiłam spróbować napisać książkę. Postanowienie trudne, ale trzeba spróbować :)
niedziela, 4 maja 2014
Rozdział 3
Rozdział 3
Nikt na hali nie zrobił kroku w kierunku wyjścia. Nikt nawet nie przejawiał zainteresowania głośnym ryknięciem. Tylko nasza trójka pobiegła do drzwi. Nauczyciele i uczniowie prze chwilę się na nas patrzyli, lecz po chwili znowu powrócili do swoich zajęć. Uchyliłam białe drzwi - jedno z bocznych wejść do obiektu. Oczom nie wierzyłam! Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas siedziało jakieś ogromne stworzenie. Miało skórę pokrytą łuskami w kolorze khaki oraz długi ogon podobny do ogona traszki. Nie zauważyłam oczu. Łeb potwora był dosyć płaski i mały. Składały się na niego wysunięta do przodu szczęka oraz dosyć duże nozdrza. Kończyny dolne były wykończone długimi szponami, a ręce ostrymi, wąskimi, czarnymi pazurami, które potwór ostrzył o pień robinii, przy której stał.
Mięśnie nóg same poruszyły nogami. Cofnęłam się wpadając na Filipa. Prawie upadłam, jednak on mnie przytrzymał. Zdołałam wydukać:
- Co... To... Jest?
- To, co widzisz - odpowiedziała zrezygnowanym głosem Julka. Chłopak cały czas mnie trzymał, co nie było na rękę Julii. Dostrzegłam rosnącą w jej oczach frustrację. Jakaś wredna część mnie cieszyła się, że Filip lubi mnie bardziej, ale nienawidziłam siebie za takie myśli. Nagle usłyszałam jego głos:
- Ubezpieczaj halę - powiedział nerwowo do przyjaciółki. - Zajmę się tą poczwarą.
- Nie możesz sam! Nie uda ci się! - protestowała dziewczyna. Chłopak zamknął drzwi od hali.
- Przecież Selena nie umie walczyć ani się posługiwać magią! - powiedział cichym głosem, ale ze złością. Co? Jaką magią, jak walczyć?
- Co wy do cholery mówicie?! - awanturowałam się.
- To, co słyszysz! - burknął Filip.
- Może jakieś wyjaśnienia? - powiedziałam z frustracją.
- Nie teraz, nie tu - odpowiedział. W tej samej chwili potwór zaczął powoli iść w naszą stroną. Zrobiło mi się gorąco w miejscu naszyjnika. Filip mnie puścił i uświadomiłam sobie, jak zimno jest na dworze, a ja mam na sobie lekką koszulinkę bez podkoszulka. Nastolatek podszedł do najbliższego krzewu i wyciągnął spomiędzy jego gałęzi dwa miecze i jakiś nóż, chyba sztylet. Kiedy on je tam dał? Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o żółtą, chropowatą ścianę hali. Julia pochwyciła sztylet od chłopaka i wręczyła go mnie.
- Czemu nie miecz? - wymamrotałam.
- Trudno jest posługiwać się nim - odparła przyjaciółka. - Możesz sobie zrobić krzywdę, a w dodatku są one wyważone na nas, nie na ciebie.
Westchnęłam.
Filip z Julą zaczęli mi tłumaczyć coś o Wielkiej Puszczy, o jakichś ulicach, którędy muszę iść. Zaraz. Gdzie iść, po co? Ech, bez znaczenia. Teraz marzyłam tylko o tym, by stąd uciec jak najdalej.
Z transu obudziłam się dopiero pod koniec ich tłumaczeń.
- Pamiętaj, biegnij, nie oglądaj się za siebie. Do Puszczy dobiegniesz w jakieś pół godziny. - gorączkowa powiedział Filip. Biec przez pół godziny? Bez płaszcza, bez niczego? Masakra. Chłopak już chciał zdjąć sweter, ale szybko go zatrzymałam.
- Nie, zostaw go dla siebie.
- Ale...
- Nie! - przerwałam mu. - Tobie się bardziej przyda, ja się rozgrzeję biegnąc.
Potwór był jakieś 20 metrów od nas. Filip ruszył na niego, a ja za nim w kierunku bramy. Chłopak stanął, ja też. Odwróciłam się. Spojrzałam na moim najlepszych przyjaciół od serca.
- Jesteście mi najdrożsi - powiedziałam przez szloch. Obdarzyli mnie smutnymi uśmiechami.
Rzuciłam się biegiem przed siebie. Ostatni raz obejrzałam się za siebie. Filip walczył, a Julia... Jej ręce jakby świeciły. Nie! To cała hala błyszczała! Niewiarygodne, ale piękne. Powstrzymałam łzy, ale ruszyłam przed siebie.
Zimno wniknęło do mojego ciała i postanowiło w nim zagościć na dłużej. Na szczęście wisiorek był bardzo ciepły, toteż gardło i płuca nie bolały mnie od wdychania lodowatego powietrza. Co jakiś czas dotykałam dłońmi ciepłego metalu. Przyjemne uczucie.
Wrzaski potwora ucichły, znajdowałam się daleko od szkoły. Postanowiłam zwolnić bieg do marszu. Wyrównałam oddech i szłam. Dotknęłam palcami moich policzków i dostałam od razu gęsiej skórki. Auć, jakie zimne! Mam nadzieję, że sobie ich nie odmrożę.
Szłam dalej przed siebie, pięć minut, dziesięć minut, piętnaście. Mijałam kolejne ulice, kiedy usłyszałam daleko za sobą ryk. Powoli zaczęłam wierzyć w to, że przez mdłości miałam zwidy, lecz teraz powróciłam do tej siermiężnej rzeczywistości. Nie miałam wyboru. Strach zrobił swoje. Pomknęłam przed siebie, sięgając przy tym po sztylet. Nie miałam wątpliwości, że za chwilę się może przydać.
Nikt na hali nie zrobił kroku w kierunku wyjścia. Nikt nawet nie przejawiał zainteresowania głośnym ryknięciem. Tylko nasza trójka pobiegła do drzwi. Nauczyciele i uczniowie prze chwilę się na nas patrzyli, lecz po chwili znowu powrócili do swoich zajęć. Uchyliłam białe drzwi - jedno z bocznych wejść do obiektu. Oczom nie wierzyłam! Jakieś pięćdziesiąt metrów od nas siedziało jakieś ogromne stworzenie. Miało skórę pokrytą łuskami w kolorze khaki oraz długi ogon podobny do ogona traszki. Nie zauważyłam oczu. Łeb potwora był dosyć płaski i mały. Składały się na niego wysunięta do przodu szczęka oraz dosyć duże nozdrza. Kończyny dolne były wykończone długimi szponami, a ręce ostrymi, wąskimi, czarnymi pazurami, które potwór ostrzył o pień robinii, przy której stał.
Mięśnie nóg same poruszyły nogami. Cofnęłam się wpadając na Filipa. Prawie upadłam, jednak on mnie przytrzymał. Zdołałam wydukać:
- Co... To... Jest?
- To, co widzisz - odpowiedziała zrezygnowanym głosem Julka. Chłopak cały czas mnie trzymał, co nie było na rękę Julii. Dostrzegłam rosnącą w jej oczach frustrację. Jakaś wredna część mnie cieszyła się, że Filip lubi mnie bardziej, ale nienawidziłam siebie za takie myśli. Nagle usłyszałam jego głos:
- Ubezpieczaj halę - powiedział nerwowo do przyjaciółki. - Zajmę się tą poczwarą.
- Nie możesz sam! Nie uda ci się! - protestowała dziewczyna. Chłopak zamknął drzwi od hali.
- Przecież Selena nie umie walczyć ani się posługiwać magią! - powiedział cichym głosem, ale ze złością. Co? Jaką magią, jak walczyć?
- Co wy do cholery mówicie?! - awanturowałam się.
- To, co słyszysz! - burknął Filip.
- Może jakieś wyjaśnienia? - powiedziałam z frustracją.
- Nie teraz, nie tu - odpowiedział. W tej samej chwili potwór zaczął powoli iść w naszą stroną. Zrobiło mi się gorąco w miejscu naszyjnika. Filip mnie puścił i uświadomiłam sobie, jak zimno jest na dworze, a ja mam na sobie lekką koszulinkę bez podkoszulka. Nastolatek podszedł do najbliższego krzewu i wyciągnął spomiędzy jego gałęzi dwa miecze i jakiś nóż, chyba sztylet. Kiedy on je tam dał? Zakręciło mi się w głowie, oparłam się o żółtą, chropowatą ścianę hali. Julia pochwyciła sztylet od chłopaka i wręczyła go mnie.
- Czemu nie miecz? - wymamrotałam.
- Trudno jest posługiwać się nim - odparła przyjaciółka. - Możesz sobie zrobić krzywdę, a w dodatku są one wyważone na nas, nie na ciebie.
Westchnęłam.
Filip z Julą zaczęli mi tłumaczyć coś o Wielkiej Puszczy, o jakichś ulicach, którędy muszę iść. Zaraz. Gdzie iść, po co? Ech, bez znaczenia. Teraz marzyłam tylko o tym, by stąd uciec jak najdalej.
Z transu obudziłam się dopiero pod koniec ich tłumaczeń.
- Pamiętaj, biegnij, nie oglądaj się za siebie. Do Puszczy dobiegniesz w jakieś pół godziny. - gorączkowa powiedział Filip. Biec przez pół godziny? Bez płaszcza, bez niczego? Masakra. Chłopak już chciał zdjąć sweter, ale szybko go zatrzymałam.
- Nie, zostaw go dla siebie.
- Ale...
- Nie! - przerwałam mu. - Tobie się bardziej przyda, ja się rozgrzeję biegnąc.
Potwór był jakieś 20 metrów od nas. Filip ruszył na niego, a ja za nim w kierunku bramy. Chłopak stanął, ja też. Odwróciłam się. Spojrzałam na moim najlepszych przyjaciół od serca.
- Jesteście mi najdrożsi - powiedziałam przez szloch. Obdarzyli mnie smutnymi uśmiechami.
Rzuciłam się biegiem przed siebie. Ostatni raz obejrzałam się za siebie. Filip walczył, a Julia... Jej ręce jakby świeciły. Nie! To cała hala błyszczała! Niewiarygodne, ale piękne. Powstrzymałam łzy, ale ruszyłam przed siebie.
Zimno wniknęło do mojego ciała i postanowiło w nim zagościć na dłużej. Na szczęście wisiorek był bardzo ciepły, toteż gardło i płuca nie bolały mnie od wdychania lodowatego powietrza. Co jakiś czas dotykałam dłońmi ciepłego metalu. Przyjemne uczucie.
Wrzaski potwora ucichły, znajdowałam się daleko od szkoły. Postanowiłam zwolnić bieg do marszu. Wyrównałam oddech i szłam. Dotknęłam palcami moich policzków i dostałam od razu gęsiej skórki. Auć, jakie zimne! Mam nadzieję, że sobie ich nie odmrożę.
Szłam dalej przed siebie, pięć minut, dziesięć minut, piętnaście. Mijałam kolejne ulice, kiedy usłyszałam daleko za sobą ryk. Powoli zaczęłam wierzyć w to, że przez mdłości miałam zwidy, lecz teraz powróciłam do tej siermiężnej rzeczywistości. Nie miałam wyboru. Strach zrobił swoje. Pomknęłam przed siebie, sięgając przy tym po sztylet. Nie miałam wątpliwości, że za chwilę się może przydać.
Rozdział drugi
Rozdział 2
Wygodnie rozparłam się krześle. Nauczycielka poprawiła swojego brązowo - siwego koka i ogarnęła wzrokiem całą halę, po czym rozpoczęła swoją przemowę. Spojrzałam się na żółtokremową plandekę, która służyła za sufit i westchnęłam. Mogę słuchać wszystkich nauczycieli oprócz pani od polskiego. Przemowy ubiera w dziwne słowa, przez co połowa uczniów jej nie rozumie, ale jest przyjaciółką naszej dyrektorki, więc to jej przypada mowa na początek.
- Serdecznie witam wszystkich tu zgromadzonych! - zaczęła. - Jestem iście zaskoczona, że zgodziliście się przybyć na tak zacną uroczystość!
Zaśmiałam się cicho. Kto używa w dwudziestym pierwszym wieku słów "iście" i "zacnie". No może młodzież, ale rzadko i dla żartów. Przyjaciółka również się uśmiechnęła. Nagle obok mnie usadowił się Filip. Widać było, że też się uśmiecha z powodu przemowy pani Matyldy.
Filip jest wysokim chłopakiem z opaloną skórą i ułożonymi zwykle na bok włosami o kolorze ciemnego blondu. Nosi czarne okulary, przez które widać jego ładne, zielone oczy. Zwykle chodzi ubrany w swetry, ale do tego ma najczęściej luźniejsze rurki i trampki lub Vansy.
Gdy przemowa polonistki dobiegła końca wszyscy rozeszli się po ogromnej hali sportowej. Znowu mi się zebrało na wymioty.
- O nie - jęknęłam, po czym rzuciłam się pędem do łazienki. Przyjaciele pobiegli za mną. Naszyjnik znowu wydawał się być gorący.
Padłam na kolana i znowu wydaliłam z siebie na wpół strawione jedzenie. Chłopak przytrzymał mi warkocza, a Julia pobiegła chyba po coś do picia.
W końcu poczułam, że chyba już zwymiotowałam wszystko. Po umycie buzi usiadłam na kafelkach, opierając się o ścianę. Odwróciłam głowę i spojrzałam na Filipa, również siedział. Liczyłam na jakieś przyjacielskie pocieszenie, ale zauważyłam tylko rosnący uśmiech na jego twarzy.
- Coś ty, do cholery, jadła? - zapytał, a ja go szturchnęłam. Do pomieszczenia weszła Julia trzymając papierowy kubek z herbatą. Lekko posmutniała na widok nas śmiejących się do siebie. Od dawna podoba jej się Filip, ale ona jemu nie. Jemu podoba się dziewczyna, która mieszka daleko, bo tam, gdzie jego dziadkowie. Ponoć mają kontakt. Kiedyś pokazał nam jej zdjęcie. Rzeczywiście ładna osoba. Długie, czarne włosy, zadbana, blada skóra i rzadko spotykane wśród brunetów niebieskie oczy.
- Przyniosłam ci herbatę - powiedziała cicho do mnie. Chłopak wstał i podał mi kubek. Przyjaciółka zrobiła się jeszcze bardziej zmieszana.
Po chwili wszyscy w trójkę wyszliśmy z łazienki. Podeszliśmy do stolika z przekąskami. Sięgnęłam po kubek i wlałam sobie trochę wody z cytryną do niego z niewielkiego, przezroczystego dzbanka. Upiłam łyk, gdy Filip spojrzał na srebrny zegarek na jego nadgarstku. Pobladł i podniósł wzrok na Julę, ona również pobladła. Jej oczy zaszkliły się łzami.
- Eee, o co chodzi? - zapytałam. Chłopak spojrzał na mnie. Jego oczy również poczerwieniały. Zamknął je. Zwróciłam się w stronę przyjaciółki, ale ona zakryła oczy i zaczęła szlochać. Spod powiek Filipa również wypłynęła łza. W tym samym momencie na dworze rozległ się przeraźliwy ryk.
Wygodnie rozparłam się krześle. Nauczycielka poprawiła swojego brązowo - siwego koka i ogarnęła wzrokiem całą halę, po czym rozpoczęła swoją przemowę. Spojrzałam się na żółtokremową plandekę, która służyła za sufit i westchnęłam. Mogę słuchać wszystkich nauczycieli oprócz pani od polskiego. Przemowy ubiera w dziwne słowa, przez co połowa uczniów jej nie rozumie, ale jest przyjaciółką naszej dyrektorki, więc to jej przypada mowa na początek.
- Serdecznie witam wszystkich tu zgromadzonych! - zaczęła. - Jestem iście zaskoczona, że zgodziliście się przybyć na tak zacną uroczystość!
Zaśmiałam się cicho. Kto używa w dwudziestym pierwszym wieku słów "iście" i "zacnie". No może młodzież, ale rzadko i dla żartów. Przyjaciółka również się uśmiechnęła. Nagle obok mnie usadowił się Filip. Widać było, że też się uśmiecha z powodu przemowy pani Matyldy.
Filip jest wysokim chłopakiem z opaloną skórą i ułożonymi zwykle na bok włosami o kolorze ciemnego blondu. Nosi czarne okulary, przez które widać jego ładne, zielone oczy. Zwykle chodzi ubrany w swetry, ale do tego ma najczęściej luźniejsze rurki i trampki lub Vansy.
Gdy przemowa polonistki dobiegła końca wszyscy rozeszli się po ogromnej hali sportowej. Znowu mi się zebrało na wymioty.
- O nie - jęknęłam, po czym rzuciłam się pędem do łazienki. Przyjaciele pobiegli za mną. Naszyjnik znowu wydawał się być gorący.
Padłam na kolana i znowu wydaliłam z siebie na wpół strawione jedzenie. Chłopak przytrzymał mi warkocza, a Julia pobiegła chyba po coś do picia.
W końcu poczułam, że chyba już zwymiotowałam wszystko. Po umycie buzi usiadłam na kafelkach, opierając się o ścianę. Odwróciłam głowę i spojrzałam na Filipa, również siedział. Liczyłam na jakieś przyjacielskie pocieszenie, ale zauważyłam tylko rosnący uśmiech na jego twarzy.
- Coś ty, do cholery, jadła? - zapytał, a ja go szturchnęłam. Do pomieszczenia weszła Julia trzymając papierowy kubek z herbatą. Lekko posmutniała na widok nas śmiejących się do siebie. Od dawna podoba jej się Filip, ale ona jemu nie. Jemu podoba się dziewczyna, która mieszka daleko, bo tam, gdzie jego dziadkowie. Ponoć mają kontakt. Kiedyś pokazał nam jej zdjęcie. Rzeczywiście ładna osoba. Długie, czarne włosy, zadbana, blada skóra i rzadko spotykane wśród brunetów niebieskie oczy.
- Przyniosłam ci herbatę - powiedziała cicho do mnie. Chłopak wstał i podał mi kubek. Przyjaciółka zrobiła się jeszcze bardziej zmieszana.
Po chwili wszyscy w trójkę wyszliśmy z łazienki. Podeszliśmy do stolika z przekąskami. Sięgnęłam po kubek i wlałam sobie trochę wody z cytryną do niego z niewielkiego, przezroczystego dzbanka. Upiłam łyk, gdy Filip spojrzał na srebrny zegarek na jego nadgarstku. Pobladł i podniósł wzrok na Julę, ona również pobladła. Jej oczy zaszkliły się łzami.
- Eee, o co chodzi? - zapytałam. Chłopak spojrzał na mnie. Jego oczy również poczerwieniały. Zamknął je. Zwróciłam się w stronę przyjaciółki, ale ona zakryła oczy i zaczęła szlochać. Spod powiek Filipa również wypłynęła łza. W tym samym momencie na dworze rozległ się przeraźliwy ryk.
sobota, 3 maja 2014
Rozdział 1
Rozdział 1
- Selena - usłyszałam nad sobą głos ciotki i po chwili poczułam na ramieniu jej dłoń. Jęknęłam. Niepotrzebnie zjadłam wcześniej całą paczkę paluszków popijając to dwoma szklankami coli. Mdłości dotąd nie ustały. Nakryłam się długim, brązowym kocem.
- Jeszcze chwila - pisnęłam spod koca.
- Nie, śpisz już wystarczająco długo. Czyżbyś zapomniała o dzisiejszej uroczystości? - usłyszałam w jej głosie drwiny. Uroczystość, czyli urodziny dyrektorki. Nie wiem, kto wpadł na pomysł wyprawiania jej urodzin dla uczniów szkoły. Ciocia uważała podobnie. Niestety obecność jest obowiązkowa.
- Och, przecież na sto procent połowy uczniów nie będzie!
- Ale ty będziesz w tej połowie, która się tam zjawi.
Trochę trwało, zanim ciotka zdołała mnie wyciągnąć spod koca. Udałam się w stronę pokoju. Wiedziałam, w co się chcę ubrać. Przygotowałam sobie już wcześniej lekko wytarte dżinsowe rurki oraz białą koszulę z 3/4 rękawami. Do tego oczywiście czarne martensy.
Kiedy w końcu wyszłam z pokoju ciocia Ania uplotła mi warkocza. Chciałam się podnieść z krzesła, gdy poczułam na szyi metal. Oczywiście od razu się odwróciłam.
- Co to? - spytałam.
- Wisiorek - odpowiedziała Anna. Dostrzegłam w jej oczach smutek. O co chodzi? Przez cały dzień panowała w mieszkaniu nerwowa atmosfera. Myślałam, że to z powodu złej pogody, ale najwyraźniej się mylę. Postanowiłam kontynuować naszą rozmowę.
- Po co mi go założyłaś? - zapytałam. - Przecież wiesz, że go na pewno prędzej czy później zgubię - dodałam z uśmiechem.
- Porządkując biżuterię, znalazłam go - powiedziała ciotka. Od razu wywnioskowałam, że to nie wszystko. Poznałam po jej ciemnoszarych oczach.
- Należał do twojej matki - dodała, przerywając moje podejrzenia. Zamurowało mnie. Spojrzałam na ozdobę wiszącą na złotym łańcuszku. Było to niewielkie serce, wysadzane na wierzchu cyrkonią. Widziałam je na zdjęciach mamy. Powstrzymałam łzy. Chociaż mało pamiętam z lat spędzonych z rodzicami, wciąż mam przed oczyma ich wygląd. Matka - Amelia - wysoka, szczupła kobieta o oliwkowej skórze i kasztanowych, lekko pofalowanych włosach, a przedewszystkim z pięknymi, dużymi, jasnoszarymi oczyma. Zawsze uśmiechnięta i pełna życia. Tato - Marian - mężczyzna o czarnych włosach z wąsem tego samego koloru. Również uśmiechnięty, z dużym poczuciem humoru i zmarszczkami głównie od śmiechu. No i jeszcze siostra. Strasza ode mnie o dwanaście lat. Z opowieści cioci wiem, że była osobą skrytą, najpoważniejszą z naszej rodziny, z urodą odziedziczoną po mamie. W dniu wypadku ponoć uciekła, ale nikt z rodziny nie wie, gdzie teraz przebywa. Kilka osób twierdziło, że widzieli dziewczynę ze zdjęć, ale z innym kolorem włosów. Kiedy będę starsza, odnajdę ją i dowiem się, co tak naprawdę wydarzyło się w dniu pożaru. Ona jest jedynym świadkiem, a tajemnica ta nie została jeszcze rozwikłana.
Nie zadawałam już więcej pytań. Udałam się w kierunku niewielkiego przedsionka, gdzie znajdowała się większość butów i odzieży wierzchniej. Założyłam moje ukochane, czarne martensy, czarny płaszcz, a do tego granatowe rękawiczki, czapkę i szalik. Przed wyjściem ucałowałam ciotkę. Idąc schodami do wyjścia z kamienicy, usłyszałam Annę.
- Wujek cię odbierze po imprezie, czekaj przed szkołą!
- Okej! - odpowiedziałam. Po chwili byłam już przed drzwiami. Uchyliłam je i od razu w twarz oderzył mnie lodowaty powiew wiatru. Stęknęłam i poszłam w kierunku szkoły.
Droga wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Śnieg pod moimi butami stał się białą, twardą i bardzo śliską masą. Oczywiście łączyło się to z tym, że już parę razy się przewróciłam.
Przeszłam pięć minut, gdy usłyszałam przed sobą znajome głosy. Rozpromieniłam się i przyspieszyłam kroku. Byli to Julia Bartek - moi najlepsi przyjaciele. Po chwili znalazłam się pomiędzy nimi i wszyscy szliśmy pod rękę. Julka, ja i Bartek. Zewsząd zaczęli się zbierać uczniowie. Część szła tak jak my, wielu było samych.
Zbliżaliśmy się powoli do szkolnej hali, gdy poczułam ciepło w miejscu, gdzie na mojej szyi spoczywało złote serce. Tylko w tym jednym miejscu było aż gorąco!
Julia i Bartek toczyli rozmowę jakichś badziewnych trampkach, kiedy w końcu dotarliśmy do szatni. Czym prędzej zrzuciłam z siebie płaszcz o pobiegłam do łazienki. Odpięłam koszulę do miejsca, na którym zrobiło mi tak gorąco. Nic. Żadnego zaczerwienienia czy rany. Dotknęłam naszyjnika. Był dosyć ciepły. Zbladłam na twarzy, po czym zorientowałam się, że chce mi się wymiotować. Podbiegłam do muszli klozetowej i oddałam jej paluszki zmieszane z colą. Do łazienki wbiegła Julia, a za nią wszedł Bartek. Chwilę trwało, zanim pozbyłam się z żołądka wszystkiego. Poczułam w ustach gorzki posmak, po policzkach spływały mi ciepłe łzy. Szybko umyłam twarz i opłukałam jamę ustną. Po chwili szybko udałam się w kierunku boiska na hali. Ech, co za upokorzenie.
- Może byś coś powiedziała? - rzuciła mi przyjaciółka.
- Co mam wam powiedzieć? Za dużo zjadłam, źle popiłam. To wszystko - wzruszyłam ramionami. Poznałam po wyrazie twarzy Julki, że zanosi się na poważniejszą rozmowę. Bartek najwyraźniej też.
- Będę z chłopakami, jak coś - rzucił niepewnie i pospiesznie poszedł w ich kierunku. Patrzyłam chwilę, jak odchodzi, po czym odezwała się Julia.
- No więc? - zapytała opierając rękę na biodrze.
- Co? Powiedziałam, dlaczego rzygałam - dziewczyna skrzywiła się.
- Niech ci będzie - od razu się zaśmiała. Po hali rozległ się kobiecy głos. Na scenę weszła starsza pani - nauczycielka polskiego. Przyjaciółka poprowadziła mnie w kierunku najbliższych krzeseł. Jej brązowo - złota spódniczka poruszyła się. Ona to ma oryginalny styl! Do tego założyła krótką, ciemnoróżową bluzkę z krótkim rękawem i fioletowym napisem GIRL. Pod nią miała czarny top z długimi rękawami. Na nogach czarne rajstopy i Conversy. Włosy miała związane w kitkę opadającą na bok. Miała długie, ale za to cienkie, jasnobrązowe włosy.
- Zanosi się na długą przemowę - szepnęła do mnie chichocząc. Odpowiedziałam jej również chichotem.
- Selena - usłyszałam nad sobą głos ciotki i po chwili poczułam na ramieniu jej dłoń. Jęknęłam. Niepotrzebnie zjadłam wcześniej całą paczkę paluszków popijając to dwoma szklankami coli. Mdłości dotąd nie ustały. Nakryłam się długim, brązowym kocem.
- Jeszcze chwila - pisnęłam spod koca.
- Nie, śpisz już wystarczająco długo. Czyżbyś zapomniała o dzisiejszej uroczystości? - usłyszałam w jej głosie drwiny. Uroczystość, czyli urodziny dyrektorki. Nie wiem, kto wpadł na pomysł wyprawiania jej urodzin dla uczniów szkoły. Ciocia uważała podobnie. Niestety obecność jest obowiązkowa.
- Och, przecież na sto procent połowy uczniów nie będzie!
- Ale ty będziesz w tej połowie, która się tam zjawi.
Trochę trwało, zanim ciotka zdołała mnie wyciągnąć spod koca. Udałam się w stronę pokoju. Wiedziałam, w co się chcę ubrać. Przygotowałam sobie już wcześniej lekko wytarte dżinsowe rurki oraz białą koszulę z 3/4 rękawami. Do tego oczywiście czarne martensy.
Kiedy w końcu wyszłam z pokoju ciocia Ania uplotła mi warkocza. Chciałam się podnieść z krzesła, gdy poczułam na szyi metal. Oczywiście od razu się odwróciłam.
- Co to? - spytałam.
- Wisiorek - odpowiedziała Anna. Dostrzegłam w jej oczach smutek. O co chodzi? Przez cały dzień panowała w mieszkaniu nerwowa atmosfera. Myślałam, że to z powodu złej pogody, ale najwyraźniej się mylę. Postanowiłam kontynuować naszą rozmowę.
- Po co mi go założyłaś? - zapytałam. - Przecież wiesz, że go na pewno prędzej czy później zgubię - dodałam z uśmiechem.
- Porządkując biżuterię, znalazłam go - powiedziała ciotka. Od razu wywnioskowałam, że to nie wszystko. Poznałam po jej ciemnoszarych oczach.
- Należał do twojej matki - dodała, przerywając moje podejrzenia. Zamurowało mnie. Spojrzałam na ozdobę wiszącą na złotym łańcuszku. Było to niewielkie serce, wysadzane na wierzchu cyrkonią. Widziałam je na zdjęciach mamy. Powstrzymałam łzy. Chociaż mało pamiętam z lat spędzonych z rodzicami, wciąż mam przed oczyma ich wygląd. Matka - Amelia - wysoka, szczupła kobieta o oliwkowej skórze i kasztanowych, lekko pofalowanych włosach, a przedewszystkim z pięknymi, dużymi, jasnoszarymi oczyma. Zawsze uśmiechnięta i pełna życia. Tato - Marian - mężczyzna o czarnych włosach z wąsem tego samego koloru. Również uśmiechnięty, z dużym poczuciem humoru i zmarszczkami głównie od śmiechu. No i jeszcze siostra. Strasza ode mnie o dwanaście lat. Z opowieści cioci wiem, że była osobą skrytą, najpoważniejszą z naszej rodziny, z urodą odziedziczoną po mamie. W dniu wypadku ponoć uciekła, ale nikt z rodziny nie wie, gdzie teraz przebywa. Kilka osób twierdziło, że widzieli dziewczynę ze zdjęć, ale z innym kolorem włosów. Kiedy będę starsza, odnajdę ją i dowiem się, co tak naprawdę wydarzyło się w dniu pożaru. Ona jest jedynym świadkiem, a tajemnica ta nie została jeszcze rozwikłana.
Nie zadawałam już więcej pytań. Udałam się w kierunku niewielkiego przedsionka, gdzie znajdowała się większość butów i odzieży wierzchniej. Założyłam moje ukochane, czarne martensy, czarny płaszcz, a do tego granatowe rękawiczki, czapkę i szalik. Przed wyjściem ucałowałam ciotkę. Idąc schodami do wyjścia z kamienicy, usłyszałam Annę.
- Wujek cię odbierze po imprezie, czekaj przed szkołą!
- Okej! - odpowiedziałam. Po chwili byłam już przed drzwiami. Uchyliłam je i od razu w twarz oderzył mnie lodowaty powiew wiatru. Stęknęłam i poszłam w kierunku szkoły.
Droga wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Śnieg pod moimi butami stał się białą, twardą i bardzo śliską masą. Oczywiście łączyło się to z tym, że już parę razy się przewróciłam.
Przeszłam pięć minut, gdy usłyszałam przed sobą znajome głosy. Rozpromieniłam się i przyspieszyłam kroku. Byli to Julia Bartek - moi najlepsi przyjaciele. Po chwili znalazłam się pomiędzy nimi i wszyscy szliśmy pod rękę. Julka, ja i Bartek. Zewsząd zaczęli się zbierać uczniowie. Część szła tak jak my, wielu było samych.
Zbliżaliśmy się powoli do szkolnej hali, gdy poczułam ciepło w miejscu, gdzie na mojej szyi spoczywało złote serce. Tylko w tym jednym miejscu było aż gorąco!
Julia i Bartek toczyli rozmowę jakichś badziewnych trampkach, kiedy w końcu dotarliśmy do szatni. Czym prędzej zrzuciłam z siebie płaszcz o pobiegłam do łazienki. Odpięłam koszulę do miejsca, na którym zrobiło mi tak gorąco. Nic. Żadnego zaczerwienienia czy rany. Dotknęłam naszyjnika. Był dosyć ciepły. Zbladłam na twarzy, po czym zorientowałam się, że chce mi się wymiotować. Podbiegłam do muszli klozetowej i oddałam jej paluszki zmieszane z colą. Do łazienki wbiegła Julia, a za nią wszedł Bartek. Chwilę trwało, zanim pozbyłam się z żołądka wszystkiego. Poczułam w ustach gorzki posmak, po policzkach spływały mi ciepłe łzy. Szybko umyłam twarz i opłukałam jamę ustną. Po chwili szybko udałam się w kierunku boiska na hali. Ech, co za upokorzenie.
- Może byś coś powiedziała? - rzuciła mi przyjaciółka.
- Co mam wam powiedzieć? Za dużo zjadłam, źle popiłam. To wszystko - wzruszyłam ramionami. Poznałam po wyrazie twarzy Julki, że zanosi się na poważniejszą rozmowę. Bartek najwyraźniej też.
- Będę z chłopakami, jak coś - rzucił niepewnie i pospiesznie poszedł w ich kierunku. Patrzyłam chwilę, jak odchodzi, po czym odezwała się Julia.
- No więc? - zapytała opierając rękę na biodrze.
- Co? Powiedziałam, dlaczego rzygałam - dziewczyna skrzywiła się.
- Niech ci będzie - od razu się zaśmiała. Po hali rozległ się kobiecy głos. Na scenę weszła starsza pani - nauczycielka polskiego. Przyjaciółka poprowadziła mnie w kierunku najbliższych krzeseł. Jej brązowo - złota spódniczka poruszyła się. Ona to ma oryginalny styl! Do tego założyła krótką, ciemnoróżową bluzkę z krótkim rękawem i fioletowym napisem GIRL. Pod nią miała czarny top z długimi rękawami. Na nogach czarne rajstopy i Conversy. Włosy miała związane w kitkę opadającą na bok. Miała długie, ale za to cienkie, jasnobrązowe włosy.
- Zanosi się na długą przemowę - szepnęła do mnie chichocząc. Odpowiedziałam jej również chichotem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)